Alicya w Krainie Słów

Trwają prace techniczne nad stroną. Niektóre funkcję mogą nie działać poprawnie. Przepraszamy za utrudnienia.


Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


To zawsze jest wina Lokiego

W czasach w których mitologie wszelkiej maści zostały już przeżute przez popkulturę coraz trudniej wraca się do ich pierwotnego kształtu. To przerażające ale coraz częściej zdobywamy „wiedzę” z portali społecznościowych, memów, filmów i książek dalekich od non-fiction. Wydaje się to nie do pomyślenia, ale nie mamy głębszej potrzeby weryfikacji źródeł ani nurkowania pod powierzchnię tematu. Taki wysiłek wydaje się zbędny. O ile jeszcze w szkole mamy szansę otrzaskać się z mitologią grecką i rzymską – mamy więc jakieś blade pojęcie o tym jakim przekształceniom ulegają mity i ich bohaterowie – o tyle inne, jak np. nordycka, stanowią dla nas niezapisaną kartę. Nikogo nie powinno więc dziwić, że coraz więcej osób kojarzy Thora głównie z Avengersami i aktorem Chrisem Hemsworthem. Patrząc z takiego punktu widzenia na Mitologię nordycką Neila Gaimana, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że chociaż nie jest to dzieło wybitne, to jest to książka potrzebna. Nie wyobrażam sobie bowiem, że można przeskoczyć od razu od Thora walczącego ramię w ramię z Hulkiem i reformowalnego Lokiego, do oryginalnych mitów. Potrzebne jest coś pomiędzy, coś co owo przejście złagodzi.

I właśnie odkurzone, poddane lekkiej obróbce i sfabularyzowane mity, podane w gawędziarskim stylu nadają się do tego idealnie. Po zapoznaniu z nimi łatwiej będzie sięgnąć po poważniejszą literaturę. Gaiman w swoim zbiorku zaprezentował nam co prawda tylko wycinek wierzeń Skandynawów, ale teksty ułożone w odpowiedniej kolejności składają się na logiczną całość. Punktem wyjścia jest oczywiście stworzenie świata, opowieść o  Ginnungagapie, czyli otchłani wypełnionej lodem i świętym jesionie, który łączy wszystko we wspólny ład. Z czasem poznajemy także m.in. Asgard siedzibę bogów, Jötunnheim, krainę lodowych olbrzymów i zaświaty: Walhalę, do której trafiają polegli w chwale wojownicy i Niflheim, miejsce do którego wędrują ci, którzy nie mieli tyle szczęścia by zginąć w walce. Dowiadujemy się jakie właściwości miały jabłka Idunn, dzięki jakiemu fortelowi wybudowano mur wokół Asgardu, i jaki los spotkał dzieci Lokiego: Fenrira, Jormungarda i Helę. Poznajemy także prawdziwe oblicza bogów, np. Odyna, który oddał oko za wiedzę i dzięki któremu niektórzy posiedli talent do snucia opowieści, oraz gwałtownego Thora, który nie należy do nazbyt bystrych osiłków i większość problemów rozwiązuje używając młota (za to, jak się okazuje, całkiem znośnie prezentuje się w damskich fatałaszkach). W mitologii nordyckiej wiele miejsca poświęcono pokrętnemu bogowi kłamstwa i psot, czyli Lokiemu, który nie byłby sobą, gdyby akurat czegoś nie knuł i nie próbował innym uprzykrzyć życia. (Swoją drogą także w zbiorze Gaimana czuć wyraźną sympatię autora do jego ambiwalentnej natury). To przecież on stoi chociażby za zniknięciem młota Thora, włosów przepięknej Sif, jabłek nieśmiertelności i śmiercią Baldera i Hoda. Nie wszystko w jego wypadku da się wytłumaczyć skłonnością do żartów, częściej odnosimy wrażenie, że motywacje tego tajemniczego boga są bardziej mroczne niż się wydaje. Koniec końców jego wybryki doprowadzają do tego, że zostaje skazany na wieczną torturę.  Książka kończy się opisem Zmierzchu Bogów. Ich barwny i pełen absurdów świat nie może trwać wiecznie. Pewnego dnia wielki wilk Fenrir uwolni się z okowów i wtedy nadejdzie koniec wszechrzeczy: Ragnarök. Koniec jednego porządku jest tak naprawdę początkiem drugiego, na zgliszczach starego świata, powstanie nowy.

Gaiman nie  próbuje nawet udawać, że w swoim zbiorze wyczerpał temat. Już we wstępie zaznacza, że to co nam prezentuje to i tak wycinek tego co wiemy na temat wierzeń ludów Skandynawii, i że wiele z opowieści zostało zapomnianych i niestety nie jesteśmy w stanie ich odtworzyć. Trzeba przyznać, że w tych, które dla nas przygotował, udało mu się oddać klimat wyciosanych w lodzie, surowych i spływających krwią mitów. W zawartą w nich przemoc wplótł jednak charakterystyczną dla siebie mroczną baśniowość i dosyć pokaźny ładunek humorystyczny. Dzięki nim i współczesnemu językowi – którego użycie o dziwo nie kłóci się z tradycyjną formą narracji – teksty czyta się niezwykle szybko. To pozycja głównie dla fanów pisarza, którzy chcą przeczytać wszystko, co wychodzi spod jego pióra oraz dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się co nieco o charakterze mitologii nordyckiej. Jeśli ktoś posiada już sporą wiedzę w tym temacie, to raczej niczego z tej książki nie wyniesie, a przetworzenia i Gaimanowe wstawki mogą go tylko zirytować.

Neil Gaiman to już marka sama w sobie. Przypuszczam, że tylko on byłby w stanie przekonać mnie do gotowania, gdyby tylko zechciał pisać książki kucharskie. Pisarz zapracował na swój status wydając wiele świetnych książek. Teraz może już więc spokojnie zająć się tworzeniem tego, co leży mu od dawna na sercu, a co, gdyby nie jego nazwisko, przeszłoby bez większego echa lub w ogóle nie zostałoby wydane. Tworząc swoją Mitologię nordycką spełnił przede wszystkim marzenie. Podczas lektury da się więc wyczuć, że czerpie sporo radości z samego faktu, że może wejść w rolę bajarza i podzielić się z nami historiami, które dojrzewały w nim od wielu lat.

Długich dni i zaczytanych nocy
Podążajcie za Atramentowym Królikiem!

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2018 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com