Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Widmowa teraźniejszość cyklu

Męczy cię kac gigant, ale nie ma zmiłuj, trzeba spędzić niedzielę z rodziną. Nic nie wróży jednak większej katastrofy i wszystko z początku toczy się normalnym rytmem: cierpisz katusze, bo w głowie naparza w bębny setka wrednych chochlików, żołądek z uporem maniaka stara się opanować umiejętność wiązania samego siebie w marynarski węzeł, a na dokładkę (chociaż to nic nowego w Irlandii) pogoda nie rozpieszcza. Po „fascynującej” wycieczce do zwierzątek na farmę, która zaatakowała cię błotem i wątpliwymi walorami zapachowymi, koniec końców lądujesz w McDonaldzie. Tutaj nie pachnie specjalnie lepiej, przytyć można od samego wdychania otłuszczonego powietrza,  ale nie ma co wybrzydzać, jedzenie, nawet najpaskudniejsze i najmniej zdrowe na świecie, to nadal jedzenie. Niestety w momencie oczekiwania na fast foodowe rarytasy normalność twojej niedzieli się kończy. Gdzieś znika, co gorsza razem z samochodem, twoja żona Marzena! Tobie zostaje więc, wyruszając z dziećmi na poszukiwania, zaufać podejrzanym jegomościom w zielonej Corsie. Jak to zwykle bywa, przejażdżka z obcymi nie kończy się dobrze, bo te dziwne typki porywają ci dzieci, a ciebie wyprawiają, w dosyć brutalny sposób, na tamten świat.

Mogłoby się wydawać, że skoro główny (?) bohater Jarek Turowski kopnął w kalendarz, to już po zawodach i nie ma o czym więcej opowiadać. U Zychli to jednak dopiero początek zwariowanej i nieprzewidywalnej przygody. Jarka postanawia bowiem ktoś w leśnych zaświatach ożywić i wysłać na poszukiwania bliskich. Po drodze będzie musiał, między innymi, przebrnąć przez Most Chędożenia i wydostać się ze skutej lodem krainy bohaterów. A jako, że daleki jest od przeistoczenia się w klasycznego, bohaterskiego ojca, niezłomnie walczącego ze złem, a jego bucowatość, brak ogłady i ogóle nierozgarnięcie nie przysparzają mu przyjaciół, to przychodzi mu to naprawdę trudno. Tymczasem jego dzieci zostają zaprowadzone do miejsca rządzonego przez trzy, delikatnie mówiąc, obłąkane wiedźmy, a Marzena odbywa pouczające spotkanie z bogiem, który postanowi załatwić ją młotem… Pewnie zastanawiacie się dokąd to wszystko może prowadzić? Nie próbujcie nawet zgadywać, nie macie bowiem najmniejszych szans w zderzeniu z nieograniczoną wyobraźnią pisarza. Zychlowe, przelane na papier wizje są wypełnione mieszanką irlandzkiej mitologii i magicznych motywów, które zabiorą was w miejsca o których nawet wam się nie śniło. Oprócz tego, że spotkacie w Sitku gadające psy, wojownicze dziki, mnichów-naukowców, pasożytnicze pająki, przekarmionego bobasa-strażnika oraz żyjących wiecznie w bezczasie – mniej lub bardziej – pokraczne postacie, to jeszcze przyczyny całego zamieszania wykroczą poza wszelkie wasze wyobrażenia.

Losy rozdzielonej brutalnie rodziny, która daleka jest od wzorcowej, toczą się w zlepku odkształconych w absurdalny sposób światów. Kolejne strony wypełniają karykaturalne zdarzenia, bolesna dla bohaterów (i nie tylko) ironia, czarny humor, który niejednokrotnie miewa gorzki posmak oraz żywa groza. Autor nie tylko przełamuje konwencje i schematy do których przywykliśmy, ale miesza również w kotle gatunków. Poza tym, i co jest dla mnie najważniejsze, w pełni udało mu się oddać w Sitku to o czym pisał już Derrida. Filozof twierdził bowiem, że świat nie jest jednolity, że w naszym istnieniu i w porządku rzeczywistości istnieje fundamentalne pęknięcie, bolesna poznawcza rana z którą nie potrafimy sobie poradzić. Ślizgamy się więc tylko po powierzchni świata, nie przypuszczając nawet, że jesteśmy tylko częścią toczącej się od wieków gry i nie rozumiejąc jakie siły rządzą tym, co trwa poza nami. Zychla doskonale uchwycił moment, w którym okazuje się, że to co sekretne i nieustannie wypierane, powraca do nas, wyłazi nieproszone na wierzch, a my z uporem maniaka, próbujemy tego nie dostrzegać. Udaje się to nam jednak tylko do pewnego momentu, trudno bowiem ignorować istnienie owej poznawczej szczeliny, gdy się już w nią wpadnie…

Czytanie widmowej prozy Marka Zychli, który to z książki na książkę jest coraz lepszy, daje czytelnikowi wiele satysfakcji. Zmuszając do uwagi i skupienia, prowokuje nasze szare komórki do nieustannej gimnastyki. Co warto podkreślić jego styl i sposób prowadzenia narracji są już w pełni ukształtowane, co nie oznacza oczywiście, że cokolwiek w jego twórczości jest przewidywalne. Dlatego podczas lektury wciąż trzeba być czujnym. Sitko prowokuje nas do głębszej refleksji nie tylko na temat kondycji relacji międzyludzkich, ale przede wszystkim nad naszym marnowanym potencjałem i przeznaczonym człowiekowi miejscem na świecie. I chociaż brzmi to groźnie, bez obaw: u Zychli zamiast rozdmuchanej wzniosłości znajdziecie głównie dowcipny surrealizm.

Długich dni i zaczytanych nocy
Podążajcie za Atramentowym Królikiem!

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2020 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com