Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Wieczór z rekinem #20 Poszukiwany: Latający rekin

Odwlekałam ten moment tak długo, jak tylko mogłam, ale myślę, że już trochę wprawiliście się w bojach i aż tak nie skrzywdzi was to co zobaczycie, oczywiście jeśli po tym, co napiszę, zdecydujecie się rzucić okiem na Poszukiwaczy zaginionego rekina (2015). W trakcie moich niezliczonych przygód z ekranowymi rekinami, odkryłam bowiem coś, co początkowo (gdy byłam jeszcze młoda i naiwna) nie mieściło mi się w głowie. Okazało się, że to co określałam jako „kino klasy Z” (czyli przede wszystkim niskobudżetowe i absurdalne, produkcje SyFy i Asylum), nie jest wcale najgorszym, co może się widzowi przytrafić. Istnieje bowiem pewien podgatunek „kina klasy Z”, na który zabrakło już literek w alfabecie. Poza tym, o ile „zetkowe” produkcje są niskobudżetowe i od czasu do czasu pojawiają się w nich prawdziwe „gwiazdy”, to te są zupełnie budżetu pozbawione. Do grupy takich bezbudżetowców, śmiało można zaliczyć chociażby: Jurassic Shark,Rekiniego egzorcystę (Shark Exorcist) oraz omawianych dzisiaj Poszukiwaczy zaginionego rekina (Raiders od the Lost Shark). Ostrzegam! Oglądanie tych filmopodobnych potworzaków może sprawić – nie tylko estetom – fizyczny ból. I nie żartuję.

Nie trudno się domyślić, że tytuł nawiązujący dosyć mocno do hitu z Indiana Jonsem pt. Poszukiwacze zaginionej Arki, to ponury żart, albo niezwykle żałosna i nietrafiona zagrywka promocyjna. No chyba, że ktoś się złapał? Wtedy zwracam honor.

Mam wrażenie, że absolutnie beznadziejna fabuła tej superprodukcji powstawała równolegle z nagrywanymi scenami. Na całkowitym spontanie. Trudno także powiedzieć, że ktokolwiek poświecił chwilkę postaciom. Bohaterowie losowo pojawiający się na ekranie w większości przypadków, mają po prostu pogibać się do kamery, wejść do wody i wyśmiać tych, którzy nie chcą tego zrobić. A jeżeli chodzi o aktorstwo, to mamy do czynienia z osobami, które najwyraźniej miały jakiś dług u pomysłodawcy lub zostały podstępem zwabione na „plan”. Tak trochę na zasadzie: „Zawołajcie te dwójkę, która tam spaceruje i zapytajcie czy powiedzą coś do kamery”. Jedna dziewczyna w swej nieskończonej wspaniałomyślności zgodziła się nawet pokazać cycki. Obok podniebnych akrobacji rekina, których świadkami jesteśmy pod koniec filmu, to chyba jedyny moment, który przykuje czyjąkolwiek uwagę.

Przydałoby się napisać parę o tym, co Brett Kelly i David A. Lloyd (scenarzyści) i Scott Patrick (reżyser) próbowali nam tutaj opowiedzieć. Otóż bliżej niezidentyfikowana firma, którą zarządza tzw. Smoczyca, wierciła zbyt głęboko i dowierciła się do podziemnej jaskini. Jak to zazwyczaj bywa: wydostał się z niej wygłodniały i krwiożerczy rekin. Najprawdopodobniej to bardzo sprytny megalodon-ninja, bo chociaż sieje spustoszenie pośród turystów przyjeżdżających nad jezioro, to wciąż pozostaje niezauważony. Pewnie dlatego, że potrafi się spłaszczyć do tego stopnia, by niepostrzeżenie podpłynąć do ofiary stojącej w wodzie, która sięga jej do płowy uda. Żebyście mogli sobie wyobrazić absurd takiej sytuacji, przypomnę, że megalodon (czyli  pra pra pradziadek żarłacza ludojada, o ile to o niego w tej produkcji chodzi) to potwór mierzący od piętnastu do dwudziestu metrów, ważący prawie sześćdziesiąt ton i uzbrojony w blisko dwudziestocentymetrowe, ostre jak brzytwy zęby. Jednak naprawdę budzącą podziw umiejętnością drapieżcy pozostaje to, że daje się (i tutaj nagle na scenę wkracza nie wiadomo skąd jakiś szalony naukowiec) wytresować (?), udoskonalić (?) i zaczyna latać. Tak bez niczego. Jakby wróżka z „Piotrusia Pana” wykorzystała na nim swój zapas magicznego pyłku. W międzyczasie poznajemy jeszcze główną bohaterkę, czyli wykładowczynią czegoś tam, która przeżyła rekinią traumę w młodości (i tylko ona może rozwiązać problem) i jej studentów. Po co? Tego nie wie nikt.

Nie można powiedzieć, że zdjęcia są udane, kadry piękne, a ujęcia stabilne. Film jest jedną wielką niedoróbką, a montaż gryzie po oczach. Kwestię efektów specjalnych lepiej przemilczeć i to nie tylko z powodu narysowanego w GIMPie rekina, który szybko przelatuje nam przez ekran, żebyśmy mu się przypadkiem nie zdążyli przyjrzeć. Oczywiście sceny śmierci nie są w ogóle kreatywne, za to są całkowicie wymuszone i spreparowane pod scenariusz (chociaż jego obecność to kwestia umowna). Także to co miało nas śmieszyć – czyli scena z krzyczącą Afroamerykanką, miny fotografa, rozmówki policjantów na komisariacie i żarty starego wilka morskiego – wywołuje zażenowanie. Ewentualnie możemy pośmiać się z siebie, że w ogóle to oglądamy i jeszcze mamy zamiar dotrwać do końca.

Poszukiwacze zaginionego rekina, to film dla tych którzy:

– chcą zobaczyć co kryje się w mule pod dnem, o ile za dno uznali produkcje typu Ośmiorekin (#18), Rekin widmo (#14), Rekiny z plaży (#13) itp.
– chcą zobaczyć film bez fabuły, aktorów i montażu. I bez budżetu;
– mają, tak jak i ja, dziwny cel w życiu i chcą zobaczyć wszystkie powstałe filmy o rekinach;
– chcą zobaczyć latającego rekina, który nie wiadomo dlaczego lata. Chyba maczała w tym palce wróżka z magicznym pyłkiem;
– lubią sprawiać sobie ból.

 

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2020 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com